Kolejny cel naszej podróży- kolonialne miasto Merida, w północnej części Jukatanu, założone na gruntach miasta Majów- Tihó.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce upał rozpoczął się już na dobre- dlatego pomimo rzekomo niewielkiej odległości do hotelu postanowiliśmy pojechać taksówką. Niestety układ miasta i jednokierunkowych uliczek przerósł nawet taksówkarza więc jeździliśmy w kółko chyba z 30 min aż licznik podwoił pierwotną planowana kwotę… w końcu po kilku zawróceniach udało się znaleźć hotel i po drobnej wymianie zdań z taksówkarzem zapłaciliśmy pierwszą cenę.
Trochę o ulicach w Meridzie: ulice biegnące na linii północ-południe mają numery parzyste, a te ze wschodu na zachód, nieparzyste. Numery rosną z północy na południe i ze wschodu na zachód. Nic dziwnego że można się pogubić…
Hotel Casa Chalia okazał się małym, przyjemnym miejscem- przywitał nas właściciel- Belg Jann i jego pudelek w ubranku Superdoga. Oprowadził nas po hoteliku (Jann, nie Superdog), przywitał z gośćmi -co było bardzo miłe, wydrukował nam także mapę miasta i zaznaczył polecaną niedrogą restauracje.
Ruszyliśmy zwiedzać Meridę, której sieć uliczek znowu dała nam się we znaki, ale po chwili udało się zapanować nad ideą twórców miasta i dotarliśmy do pierwszego celu -czyli dworca ADO gdzie kupiliśmy bilety na jutrzejszy autobus do Palenque oraz kolejny z Palenque do Oaxaca.
Po drodze do najstarszej katedry w Ameryce- Katedry św. Idelfonsa spotkaliśmy przyjaznego tubylca, który "niestety" zaprowadził nas do lokalnego sklepu gdzie zaopatrzyliśmy się w kapelusze Panama i piękny zielony bieżnik na stół. Katedra okazała się oazą ciszy i chłodu, w sam raz na odpoczynek od upału.

Po drodze do najstarszej katedry w Ameryce- Katedry św. Idelfonsa spotkaliśmy przyjaznego tubylca, który "niestety" zaprowadził nas do lokalnego sklepu gdzie zaopatrzyliśmy się w kapelusze Panama i piękny zielony bieżnik na stół. Katedra okazała się oazą ciszy i chłodu, w sam raz na odpoczynek od upału.
W drodze powrotnej do Casa Chalia spotkaliśmy kolejnego miłego Meksykanina, który z miłą chęcią wskazał nam drogę -ale niestety w druga stronę-dobrze że jakoś nie do końca mu wierzyliśmy i już wiedzieliśmy o co chodzi z tymi uliczkami.
Następny dzień rozpoczęliśmy od pysznego śniadania pod drzewem, przy pięknie, kolorowo zastawionym stołem w towarzystwie Superdoga i Jana, który paradował w kuchennym fartuszku. Nie mieliśmy czasu na delektowanie się bo musieliśmy szybko się zbierać, aby złapać autobus o 8:30 do Palenque.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz